wtorek, 9 czerwca 2015

Brak nam słów... "Maybe Someday" - Colleen Hoover

Uprzedzamy Was szczerze, że to nie będzie normalna recenzja. Nie wiemy nawet, czy to, co zamierzamy napisać, w jakimkolwiek stopniu będzie przypominało recenzję. W tym przypadku emocje jest trudno przelać na papier czy ekran monitora. Niech samo to będzie dla Was najlepszym poleceniem.

~ * ~

Tytuł: Maybe Someday
Tytuł oryginalny: Maybe Someday
Autor: Colleen Hoover
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: maj 2015
Liczba stron: 440
Cena: 36,9 zł
Natalia i Martyna - ocena: 9.5/10

Istnieją książki, które trudno jest jakkolwiek ocenić i ująć w słowa emocje z nimi związane. W naszym przypadku zaliczają się do nich powieści Colleen Hoover. "Hopeless" i "Pułapka uczuć" wraz ze swoimi kontynuacjami rozwaliły nas obie na łopatki, powaliły na ziemię, dobiły...i sprawiły, że wstałyśmy jak nowonarodzone. "Maybe Someday" miało więc wysoko ustawioną poprzeczkę. Podołało jej jednak bez trudu, a nawet ustawiło ją na wyższym poziomie.

Sydney ma dwadzieścia dwa lata i właśnie zerwała z chłopakiem, który sypiał z jej najlepszą przyjaciółką. Pod wpływem złości przywala każdemu w twarz i z obolałą ręką wyprowadza się z mieszkania, pakując na szybko kilka potrzebnych rzeczy. Szybko zdaje sobie jednak sprawę, że nie ma się gdzie podziać, podczas gdy na dworze panuje ulewa. Na szczęście kilka dni wcześniej zawarła balkonową znajomość z chłopakiem z naprzeciwka - Ridgem, który w tej okropnej sytuacji przychodzi jej na ratunek. Dziewczyna nie rozumie jednak, dlaczego biorąc ją pod swój dach, Ridge nie chce z nią rozmawiać. Tak rozpoczyna się przepiękna historia miłosna, pełna ostrych zakrętów, łagodnych wzniesień i dołków, a przede wszystkim ubarwiona przepiękną muzyką. Czy ta dwójka znajdzie nić porozumienia?

Colleen Hoover nie umie chyba napisać złej książki. Daję słowo. Wszystko, co wyjdzie spod jej ręki jest po prostu czystą perfekcją. Każda jej powieść porusza inną strunę w moim umyśle i wywołuje łzy. Jej bohaterów nie da się nie kochać, a w historie po prostu się wsiąka. Po lekturze cierpi się na najprzyjemniejszego z kaców - kaca mordercę z odmiany książkowej. Książki Hoover sprawiają, że nurt New Adult kocha się pełną piersią i z ciekawością sięga po kolejne tytuły, nawet innych autorów. Autorka non-stop zaskakuje czytelnika. Co i rusz przedstawia zagadnienia, które mimo, że mogły być gdzieś wcześniej poruszone, to nikomu nie udało się przedstawić ich w takim ujęciu. Tutaj do ciekawej problematyki dołączył przepiękny soundtrack nagrany przez Griffina Petersona, którego głos po prostu z miejsca ugina kolana.
Martyna: Nie mogę nie zgodzić się z Natalią, ponieważ i mnie każda książka Hoover po prostu zachwyca. Kiedy myślę, że już nie może być lepszej powieści jej autorstwa, trafiam na kolejną, która burzy cały mój świat i przenosi mnie do zupełnie innego. Faktycznie jest też tak, że choć autorka porusza tematy coraz częściej stosowane w gatunku NA, robi to w tak przejmujący i zaskakujący sposób, że wydaje się on być czymś zupełnie nowym.
Dodatek do książki w postaci soundtracku to istne szaleństwo, bo chociaż powieść ujmuje w sposób niewiarygodny samą swoją treścią, muzyka nagrana przez Petersona jest dopełnieniem całości. Biję pokłony w stronę Colleen Hoover za ten pomysł i samo jego wykonanie. To było po prostu nieziemskie!  


Poniżej tytułowe "Maybe Someday", w którym jesteśmy bezgranicznie zakochane!




Nie spodziewałam się, że jakąkolwiek książkę Colleen Hoover uznam za lepszą od "Hopeless", ale tutaj tak się stało. "Maybe Someday" skradło moje serce, rozbiło je na kawałki, by potem posklejać słabym klejem i roztrzaskać ponownie. Słowa każdej z piosenek mam w głowie i nucę niemal codziennie od dwóch miesięcy. Wielką atrapę 3D, wystawioną na Warszawskich Targach Książki na stanowisku wydawnictwa, chciałabym postawić na półce, by zwrócić uwagę większej liczby osób na ten niesamowity tytuł. Jednocześnie pragnę tę historię zachować dla siebie i ukryć to, co mnie w niej poruszyło, by nikt niepożądany nie znalazł się aż tak blisko mojego wnętrza. Może dlatego tak ciężko przychodzi mi pisanie tych słów. Nie umiem wyrazić swoich emocji odnośnie tej książki bez opisania siebie, a nie mam w zwyczaju uzewnętrzniania się w takich momentach. To niesamowite, jak książka może podziałaś na zwykłego, szarego czytelnika, szczególnie czytana do specjalnie nagranej muzyki.

Martyna: Choć dla mnie "Pułapka uczuć" nadal stanowi numer jeden wśród powieści Hoover, "Maybe Someday" znalazło specjalne miejsce w moim sercu. Ta książka ma w sobie tak wiele ciepła, uroku i magii, że momentami ciężko było mi udźwignąć to wszystko. Emocjonalność, która wypływa z każdej strony, sprawiała mi ból, ale też radość. To niesamowite, że książka może wywoływać tak wiele uczuć. Rany, nawet nie umiem ubrać w słowa tego, co czułam podczas czytania. A najlepsze jest to, że tak jest za każdym razem. Autorka zrzuca na mnie bombę, by za chwilę na nawo mnie wskrzesić i zrzucić kolejną, jeszcze silniejszą.






Każda z piosenek - nagranych przez Griffina Petersona i napisanych, jak się domyślam, przez samą autorkę - jest po prostu idealna. Ich słowa niesamowicie wpasowują się w fabułę i losy postaci, a dodatkowo zawierają coś, co dotrze do każdego czytelnika, niezależnie od wieku. Podkreślają myśli i zachowania bohaterów, pomagają im się porozumiewać, mimo że ta para zdecydowanie nie ma problemów z komunikacją. Potrafią porozmawiać na każdy temat, nie kryją tego, co czują odnośnie danej sytuacji i wszystko wyjaśniają między sobą, zanim sprawy przybiorą gorszy obrót. Pomyślcie teraz, jak wiele takich par w nurcie New Adult znacie? Ja mogłabym je zliczyć na palcach jednej ręki.

Martyna: I mnie ujęła lekkość, z jaką bohaterowie się porozumiewali. Sama lubię przekazywać emocje za pomocą muzyki, bo uważam, że zwykłe słowa nie mają tak wielkiej mocy. Sydney i Ridge sprawili, że dostrzegłam, iż muzyka to największa siła, jaką można sobie wyobrazić.
Teksty piosenek, napisane na potrzeby tej książki, to według mnie arcydzieło. Wielu muzyków mogłoby postawić je sobie za wzór. Ich głębia i przesłanie były... Nawet nie wiem, jak je opisać. Nie znam słów, które mogłyby Wam przedstawić, jak mocno poruszyła mnie każda z tych piosenek. To było niesamowite przeżycie i na pewno na długo zostanie w mojej pamięci.


Źródło: shhmomsreading.com
Widzicie to?! W oryginalnym wydaniu wraz z książką czytelnik dostaje płytę z soundtrackiem

Bardzo mocno rozważam kupno!
A to cudo niedługo też Wam pewnie zrecenzujemy!
To, co jest przepiękne w twórczości Colleen Hoover (mniejsza, że u niej wszystko jest przepiękne), to sposób, w jaki komplikuje bohaterom życie. Nie ułatwia żadnej sytuacji, wręcz przeciwnie - rzuca im pod nogi kolejne kłody i każe poradzić sobie z sytuacją. Jak  już wspominałam wyżej, tutaj wielką siłę mają słowa - i to nie tylko w piosenkach. Autorka pokazuje nie po raz pierwszy, jak ważny jest dialog i że nie trzeba rzeczywiście rozmawiać, by go przeprowadzić. W "Pułapce uczuć" mieliśmy przepiękną poezję, a w "Maybe Someday" dostaliśmy wzruszające piosenki. Dodatkowo wierzcie mi, że czytanie tej książki bez przygotowanego soundtracku pod ręką wywołuje słabsze emocje - sprawdziłam na mamie, która zbuntowała się przeciw słuchaniu piosenek podczas lektury. I tak polubiła historię Syndey i Ridge'a, ale nie pokochała jej tak mocno jak ja.

Martyna: A mnie najbardziej oczarowuje sposób przedstawienia każdej historii. Nie wyobrażam sobie, jak wielką trzeba mieć w sobie wrażliwość, by pisać tak pięknie. Za każdym razem, z każdą kolejną powieścią, zanurzam się coraz głębiej w styl i kunszt autorki i po prostu spijam napisane przez nią słowa. A kiedy to robię, moje wnętrze aż krzyczy z wrażenia i błaga o więcej.
Odnośnie tego, co napisała Natalia na temat czytania bez soundtracku - ja nie miałam go pod ręką, a mimo wszystko czułam tę muzykę wewnątrz, chociaż wcześniej jej nie słyszałam. Myślę, że warto jest przeczytać tę książkę dwa razy. Pierwszy raz po to, by móc usłyszeć melodię płynącą ze swojego serca, drugi, by poczuć ją sercem autorki.


Mimo braku dodatku w postaci płyty z soundtrackiem muszę pochwalić Wydawnictwo Otwarte za wyciągnięcie pomocnej dłoni do osób nieznających języka angielskiego i umieszczenie na ostatnich stronach książki tłumaczeń wszystkich piosenek. Świetną rzeczą jest również wstęp z podaniem kodu do wczytania w telefonie (ewentualnie można skorzystać z podanego adresu strony WWW), który przekierowuje na oficjalną stronę "Maybe Someday" z pełnym soundtrackiem do odsłuchania. Po prostu dwa fantastyczne zabiegi, które niesamowicie wyróżniają powieść na tle innych (na wypadek, jakby ktoś mieszkał w jaskini przez ostatni rok i nie znał nazwiska Colleen Hoover). 
Martyna: Tak, ja również doceniam gest Wydawnictwa i jestem wdzięczna za tłumaczenia piosenek. I tak, podobnie jak Natalia uważam, że dodatki do tej powieści wyróżnią ją i przykują uwagę większej ilości czytelników. Nawet tych, którzy nie są pewni, czy warto sięgnąć po twórczość Hoover.


Gorąco polecamy "Maybe Someday" WSZYSTKIM, którzy tylko mają na nią ochotę. Tym, którzy akurat cierpią na fatalny stan ducha również. Tak samo melomanom lubiącym muzykę w stylu tej, której przykłady podałyśmy powyżej. W skrócie - polecamy wszystkim. Nie jesteśmy pewne, czy spodoba się przedstawicielom płci brzydkiej, bo to romansidło, więc może to grono wszystkich ograniczymy do pań. Czyli polecamy wszystkim dziewczynom i kobietom. Z uwagą na wiek +16, bo mamy tu kilka gorących scen, chociaż bez większej erotyki.



Za egzemplarze recenzenckie gorąco dziękujemy Wydawnictwu Otwartemu! 
Podarowaliście nam, Drodzy Państwo, najlepszy prezent pod słońcem.

16 komentarzy:

  1. Z mojego własnego otoczenia wiem, że podoba się nie tylko dziewczynom :D Dwaj moi koledzy ją czytali i powiedzieli, że "okej" :D Maybe Someday mam w planach i na pewno niedługo przeczytam :)

    Galeria Książek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żartujesz? Spodobała się facetom? Łał! :D

      Usuń
  2. Książkę bardzo chcę przeczytać i myślę, że zabiorę się za nią na wakacjach :P

    http://gabrysiekrecenzuje.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie "Maybe Someday" trochę zawiodło. Oczekiwałam czegoś dużo, dużo lepszego.
    Zapraszam też do siebie:
    http://przystanek-bookstock.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wychodzi na to, że może po prostu gatunek Ci nie leży, bo według mnie MS jest jedną z najlepszych pozycji z nurtu NA :)

      Usuń
  4. Wszędzie Maybe Someday ;) mam nadzieję że się nie zawiodę na tej pozycji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I dobrze! Ta książka w sumie tej promocji nie potrzebuje, ale nie zaszkodzi jej :)

      Usuń
  5. Jestem bardzo ciekawa tej książki, ale chyba dopiero jesienią uda mi się ją przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważaj, na jesieni wychodzi "Ugly Love" <3

      Usuń
  6. Po takim tekście nie mogę przejść obok tej książki obojętnie :) Muszę przyznać, ze nakręciłam się na ten tytuł ale również na całą twórczość pisarki. Jakoś do tej pory nie było mi po drodze z Hoover. Teraz już wiem, Natalia, dlaczego na Targach tak bardzo chciałaś to wielkie wydanie książki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. KONIECZNIE musisz ją przeczytać! Ta wielka atrapa ciągle mi się śni! :D

      Usuń
  7. Ogromnie zazdroszczę możliwości przeczytania!

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeśli rzeczywiście jest lepiej niż w Hopeless,to już zacieram rączki ;) Chociaż Hoover chyba nie potrafi stworzyć złej historii, ma swój plan i konsekwentnie go realizuje. Oby tylko nie poszła w ilość, zamiast jakości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja też się boję tego, że w końcu może dojść do sytuacji, kiedy będzie przerost formy nad treścią i Hoover z wysokich lotów, spadnie na takie krążenie tuż przy ziemi. No, ale nie kraczmy i miejmy nadzieję, że nadal będzie trzymać poziom ;)

      Usuń
    2. Jestem ciekawa pod tym kątem "Ugly Love". Tak wiele osób porównuje je do Greya... Lubię trylogię, ale nie chciałabym widzieć jej w wykonaniu Hoover.

      Usuń

Dziękuję za każdy zostawiony komentarz - uwielbiam je czytać i przez to pomału Was poznawać.
Mała UWAGA: usuwam wszystkie komentarze zawierające linki w jakiejkolwiek formie.