niedziela, 14 czerwca 2015

Niedźwiadek w Londynie, co ludzkie ma imię - "Paddington"

Zima 2015 roku przyniosła ze sobą wiele ciekawych premier. Dwie z nich zaciekawiły mnie szczególnie, gdyż były związane z książkami i znanymi całemu światu historiami. Zalicza się do nich film o misiu Paddingtonie, do którego aż dwa wydawnictwa wypuściły łącznie kilka książeczek. Korzystając z okazji, że film pojawił się w końcu na DVD, postanowiłam dać mu szansę. Lubię czasem odprężyć się przy dobrym kinie familijnym, lecz tutaj nie jestem w pełni pewna, czy „Miś Paddington” mnie pod tym względem usatysfakcjonował.



Na odległym kontynencie, daleko od wszelkiej cywilizacji i smrodu spalin, mieszka mała rodzinka misiów. Dawniej Dziadek i Babcia Misiowie poznali pewnego londyńskiego podróżnika, który poczęstował ich marmoladą i pokazał trochę ludzkich zwyczajów i zachowań. Lata później Dziadkowie przekazują całą wiedzę swojemu małemu podopiecznemu o dźwięcznym imieniu, wymawialnym tylko w misiowym języku (fonetycznie: rrrooooaaaarrrr). Pech chce, że wyspą wstrząsa trzęsienie ziemi, w którym Dziadek Miś ginie. Babcia, widząc utracony dobytek życia i ukochanego, postanawia odejść do Domu Emeryckiego dla Misiów, zaś małego Misia wysłać na wyprawę do Londynu. Ma odnaleźć podróżnika sprzed lat i poprosić o obiecaną gościnę. Pech chce, że niewiele rzeczy idzie po myśli malucha. Po godzinach spędzonych samotnie na stacji, interesuje się nim pewna szalona rodzinka. Niezdolni do mówienia w języku misiowym, nadają mu imię Paddington i zabierają na noc do domu. Okazuje się jednak, że życie w dżungli nie ma zbyt dużo wspólnego z miejskim pędem, a zamiast podróżnika na Paddingtona czeka jego córka, pragnąca zemsty za zhańbienie rodziny.

Na wstępnie przyznam, że historię Misia Paddingtona znałam dotąd w zupełnie innej wersji. Starałam się znaleźć opowieści z dzieciństwa, aby porównać je z historią z filmu, jednak domowe zbiory zawiodły. Jestem za to pewna, że gdyby twórcy zostali przy oryginalnej wersji wydarzeń, całość nabrałaby pewnego magicznego klimatu. Tymczasem nowe przygody Misia są nastawione na życie w nowoczesnym Londynie, wraz z wszelkimi pomysłami na wykorzystanie ludzkich wynalazków jak na przykład…szczoteczka do zębów. Zdradzę, że scenarzysta nie popisał się pomysłowością, bo motyw szczotki jako patyczka do uszu był nie raz wykorzystywany. Brak umiejętności posługiwania się prysznicem również. Można by wymyślić tyle nowych gagów, ale niestety tutaj pozostano przy wszystkich chwytach, które od lat znamy (i, po części, kochamy).


Poza tym wyobrażacie sobie, że widok misia na ulicach Londynu nikogo nie zdziwił? Ja bym przystanęła z zainteresowania i patrzyła, o co chodzi i skąd się misiek wziął na środku miasta. I to do tego na dworcu! Większość normalnych ludzi zadzwoniłaby po straż miejską lub do zoo z pytaniem, czy mają wszystkie zwierzaki na wybiegach. Ale nie Londyńczycy! Ich największym oburzeniem był tekst Henry’ego Browna (tatuśka) do rodzinki: „O, niebezpieczny nieznajomy! Trzymajcie spuszczony wzrok. Tam stoi jakiś misiek, pewnie coś sprzedaje.”


Na tle banalnej fabuły zdecydowanie wybiła się gra aktorska. O ile Nicole Kidman była po prostu w porządku i nie zachwyciła mnie za specjalnie swoim występem – może to dlatego, że zwyczajnie uważam jej postać za niedopracowaną –, o tyle całą rodzinkę Brownów uważam za przeuroczą. Dzieciaki były naturalne i dobrze odwzorowały współczesną młodzież w wieku 10-15 lat. Mary – mama i oddana żona – wyszła Sally Hawkins fenomenalnie. Pokochałam ją od pierwszej sceny za bijący na kilometr optymizm i zwariowanie. Za to Hugh Bonneville, wcielający się w rolę Henry’ego, taty Brownów, już tak oswoił mnie z wieloma swoimi wcieleniami, że po pierwszych scenach z jego udziałem wiedziałam, co podaruje widzom tym razem. Do kompletu dołączyła fenomenalna Julie Walters oraz znany i lubiany Jim Broadbent – obydwoje znani z ekranizacji serii powieści J.K. Rowling o młodym adepcie magii – Harrym Potterze. Całości dopełnia występ Bena Whishawa, który podkładał głos pod Paddingtona i niesamowicie odwzorował emocje, który w przypadku takiego zabiegu są niezwykle ważne.

Niemniej film ma też swoje wady. Poza wspomnianą na początku utratą uroku przez uwspółcześnienie historii, kilka elementów zostało zdecydowanie przesadzonych. Akcje postaci Kidman mnie nudziły i sprawiały, że chciałam przewinąć sceny z nią. Również wspominany wyżej brak zdziwienia społeczeństwa na widok miśka był dla mnie absurdalny i mimo że rozumiem, iż „Paddington” to film familijny, mający zauroczyć głównie młodszych odbiorców, tak zrobiona w ten sposób „ucieczka” przed wprowadzeniem hycli i polowania na niewinne zwierzę do filmu wydała mi się brakiem dobrego pomysłu na ominięcie wątku. Chyba że prawdziwym i dla Londynu jest to, co słyszy się o Nowym Jorku – żadnego tamtejszego mieszkańca nic nie może zdziwić, bo widzieli już wszystko.


„Paddington” okazał się przeuroczym filmem familijnym, w sam raz do obejrzenia przez rodziców i młodsze pociechy. Mam ponad dwudziestkę na karku, a bawiłam się naprawdę dobrze, mimo tych kilku absurdów, które zdołały wkraść się między dobre sceny. Polecam seans w sam raz na leniwe letnie wieczory – relaks w gronie rodzinnym gwarantowany.

Za DVD do recenzji dziękuję portalowi DużeKa.pl oraz Monolith Films Sp. z o.o.
Recenzja została opublikowana na portalu DużeKa.pl oraz Secretum.pl.

14 komentarzy:

  1. O rety, pawie zapomniałam o tym słodkim nieźwiadku :D ale przyznam, że wszelkie bajki z niedźwiedziami jakos mi nie leżały. Ani Uszatek, ani Paddington, ani Mój brat niedźwiedź ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. MBN mi też jakoś niespecjalnie, ale Uszatek? No nie! :P Co z Kubusiem Puchatkiem?

      Usuń
  2. Nie znam tego filmu, ale obecnie mam ochotę na typową familijną produkcję, dlatego postaram się ''dopaść'' niedźwiadka, żeby poznać jego nietypowe perypetie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie Paddington pasuje idealnie na familijny seans :)

      Usuń
  3. Ja bym tam przed niedźwiadkiem uciekała :) Może namówię mojego brata do obejrzenia, ale wątpię bo nie jestem dobrą negocjatorką. Zostaje siostrzenica ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mój kuzyn oglądał i ponoć bardzo mu się spodobało, ale no wiadomo, ma 6 lat ;)

    http://gabrysiekrecenzuje.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Raczej nie dla mnie taki film..

    OdpowiedzUsuń
  6. Oglądalam już jakiś czas temu ze swoim facetem i... rozczarowaliśmy się ;) Poczucie humoru zawarte w tym filmie jest tak typowe i oklepane, że aż odbiera nieco radości z oglądania.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gagi są oklepane, nie mogę się nie zgodzić. My już też zbyt dorosłe jesteśmy, by się super bawić, ale jako kino familijne bajka będzie dobra :)

      Usuń
  7. A wiesz,że ja nie znam tej bajki, w żadnej wersji? Dla mnie Paddington nie jest kultowy, tylko obcy. Zdecydowanie bardziej wolę swojskiego misia Uszatka, o którym współczesna młodzież nawet nie słyszała ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też wolę Uszatka od Paddingtona. W sumie aż mnie naszło na napisanie kilku słów o bajkach z dzieciństwa. Rumcajs, Muminki, Smerfy i Gumisie byli moimi faworytami.

      Usuń
    2. Napisz koniecznie ;) Możesz mieć problem ze znalezieniem grafik, ale myślę, że warto ;)

      Usuń
  8. Uwielbiam Misie! I chyba będę musiała obejrzeć film :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy zostawiony komentarz - uwielbiam je czytać i przez to pomału Was poznawać.