wtorek, 18 sierpnia 2015

Hardy, oj, Hardy... "Z dala od zgiełku" (ekranizacja)

Po latach słuchania o Thomasie Hardym i jego twórczości postanowiłam dać mu szansę, wybierając się na ekranizację jednej z jego powieści pt. "Z dala od zgiełku". Dziś wiem, że po książkowy pierwowzór również sięgnę, jednak nie znaczy to, że film mnie zachwycił.

~ * ~

Nie da się ukryć, że Thomas Hardy jest powszechnie znanym autorem. Drugą falę sławy przyniosło z pewnością wspomnienie jego dzieła pod tytułem "Tessa d'Urberville" w bestsellerowym hicie literatury erotycznej autorstwa E.L. James. Niedawno na ekrany kin weszła inna z jego powieści - "Z dala od zgiełku". Wiele recenzji przedstawiało skrajne emocje - widzowie pisali o swoim uwielbieniu wobec historii Bathsheby Everdene albo mieszali całość z błotem. Postanowiłam przekonać się, o co chodzi w całym tym zamieszaniu. I wyszłam z kina z mieszanymi uczuciami.

Batsheba Everdene (Carey Mulligan) to młoda, samodzielna kobieta, wierząca w słuszność swoich przekonań. Pomagając na farmie, poznaje przystojnego pasterza - Gabriela Oaka (Matthias Schoenaerts). Między tą dwójką widać wzajemne zainteresowanie, jednak kobieta odrzuca oświadczyny. Niespodziewanie odziedzicza spadek po wuju, w którego skład wchodzi zaniedbany majątek. Zwalnia leniwego zarządcę i zatrudnia Gabriela, z którym los postanawia ją znowu zetknąć, gdy ten ratuje jej posiadłość przed obróceniem się w popiół. Nie jest on jednak jedynym mężczyzną starającym się o serce młodej damy. Na horyzoncie pojawia się William Boldwood (Michael Sheen), który przed laty został dotkliwie zraniony i od tego czasu nie odważył się rozpocząć kolejnego romansu. W wyniku żartu Bathsheby proponuje jej małżeństwo, nad którym kobieta obiecuje się zastanowić. Pojawia się i trzeci kandydat - młody sierżant Francis Troy (Tom Sturridge), którego ukochana zostawiła przed ołtarzem (w wyniku pomyłki, ale jednak?). W myśl znanego frazesu "za mundurem panny sznurem", Bathsheba również pozwala młodemu chłopakowi wtargnąć do swojego serca. To jednak wciąż pamięta o Gabrielu, zaś rozsądek prowadzi ją ku Boldwoodowi.

Mnóstwo osób narzeka na trójkąty miłosne. Pod tym względem dostaną coś świeżego, gdyż historia Bathsheby to czworokąt - i to wybuchowy. Młoda kobieta koniecznie pragnie utrzymać swoją samodzielność i nie chce oddać władzy nad sobą żadnemu mężczyźnie, który nie umiałby jej ujarzmić. Nie rozumie jednak, że jej serce przynależy już do jednego, gdy przegrywa walkę i wkłada na palec pierścionek od drugiego, a obiecuje rozważenie oświadczyn trzeciego. Z początku uznawałam to za irytujące, jednak z perspektywy czasu nie umiem się dziwić.


"Kobiecie dość trudno opisać jej uczucia słowami wymyślonymi przez mężczyzn".
Powyższy cytat stanowi moim zdaniem kwintesencję tej recenzji i moich odczuć wobec filmu i kreacji aktorów. Carey Mulligan świetnie odegrała niezdecydowaną młodą kobietę, pozwalającą sobie po raz pierwszy na otwarcie serca na miłość i złe wybory. Jej postać wyszła po prostu ludzko. Podobnie Boldwood w wykonaniu Michaela Sheena, który został moją ulubioną postacią tej ekranizacji. Jego oddanie i wiara wzruszały, ale czego innego można się było spodziewać po fenomenalnym Sheenie? Dosłownie skradał sceny. Postać Gabriela była przeciętna, ale to nie wina Schoenaertsa, który starał się dodać mu charakteru, lecz zapewne książkowego pierwowzoru. Drażnił mnie trzeci kandydat - Francis grany przez Toma Sturridge'a. Fałsz było od niego czuć na kilometr, więc jego późniejsze akcje ani trochę mnie nie dziwiły.

Niestety film ma też swoje minusy. Nieskończone podchody Bathsheby i Gabriela niemiłośnie się dłużyły. Jak nigdy podczas seansu nie sprawdzam, ile czasu zostało do końca, tak tu po godzinie sprawdzałam telefon. Bohaterka zagłuszała swoje serce i popełniała nierozsądne wybory, przez co wątek jej i Gabriela rozwijał się w ślimaczym tempie. 

Nie tylko mnie irytowało ciągłe przypominanie o zdradliwym sierżancie. Wszyscy czekali na zakończenie jego wątku i gdy w grę weszła strzelba, cała sala zaczęła klaskać, a kilka osób złożyło bohaterowi owacje na stojąco, mimo że skończyło się to dla niego tragicznie. Przy pocałunku, który powinien był wydarzyć się znacznie wcześniej, również rozległy się oklaski i wrzaski "No wreszcie!".

Podsumowując, wciąż mam mieszane uczucia wobec ekranizacji "Z dala od zgiełku", jednak z pewnością sięgnę po ten film ponownie w przyszłości, po lekturze powieści. Fabuła okazała się dość przeciętna, aktorzy w większości dobrze dopasowani, tylko akcja była po prostu zbyt rozwleczona. Doceniam jednak ścieżkę dźwiękową i rolę Michaela Sheena, który skradał sceny, a ta, w której śpiewa wraz z Carey Mulligan została moją ulubioną

I jak go tu nie kochać?
Dziękuję Multikinie oraz portalowi za możliwość udziału w Nocy Książek.
Recenzja została opublikowana na portalu DużeKa.

14 komentarzy:

  1. Lubię bardziej dynamiczne akcje obojętnie czy w filmie czy w książce - chyba się nie skusze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tutaj niestety się to wszystko dłużyło :(

      Usuń
  2. Film na pewno obejrzę! koniecznie!
    Ale i książkę przeczytam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po książkę i ja zamierzam sięgnąć :)

      Usuń
    2. Po książkę i ja zamierzam sięgnąć :)

      Usuń
  3. Czytam książkę właśnie teraz! :) Powrócę do Twojej opinii, jak ją skończę, bo mam w planie zaraz po jej przeczytaniu oglądnąć ekranizację, a nie chcę sobie spoilerować (choć już okładka mi co do postaci spoiler zrobiła ;)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie daj mi znać o wrażeniach z książki i filmu! :)

      Usuń
    2. Książka przeczytana (opinia na moim blogu), film oglądnięty - mogę się pastwić nad porównaniami. :)
      ZDECYDOWANIE KSIĄŻKA! Polecam czytać, potem oglądać. Wiele scen w filmie jest... hmmm jakby to powiedzieć: sztuczna i powiedziałabym, że wynika z du... dużego guzika. :P Pisałaś, że były oklaski w niektórych momentach - nie dziwię się. ;) W książce Hardy dobrze rysuje charaktery postaci (poznajemy każdego z kawalerów), które według mnie ekranizacja potraktowała po macoszemu, robiąc z nich ciepłe kluchy. Książka jest bardziej, jak to określiłaś: "rozwleczona". Ale tak pięknie rozwleczona! Bogata w plastyczne opisy przyrody, miejsc buduje klimat, którego chyba w filmie nieco zabrakło.
      Zdecydowanie polecam książkę. :)

      Usuń
    3. O! Tego mi właśnie w filmie brakowało. Nie da się w filmie pokazać wszystkiego, co może być pięknie opisane w książce. :) Jak wpadnie ona w mojej łapki - chętnie przeczytam :)

      Usuń
  4. Lubię takie filmy :) Mam nadzieję, że te ślimacze podchody nie będą mi przeszkadzać, bo mam zamiar obejrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeczytałam kiedyś "Tessę' i uważam, że to najgorsza książka wszech czasów... toteż z Hardy'm mi nie po drodze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam właśnie mega opory przed sięgnięciem po "Tessę" :P

      Usuń
  6. Książki nie czytałam, ale film obejrzałam i byłam zachwycona. Faktycznie niektóre sceny się dłużył, ale to dało filmowi specyficzny, nieśpieszny rytm, który w efekcie całkowicie mnie zdobył. Chyba zbyt szybko chcemy akcji, akcji i jeszcze raz akcji - a film wolnym tempem zauroczył mnie i całkowicie pochłoną, tak więc ja polecam, a jeśli książka pojawi się w zasięgu mojego wzroku na pewno ją przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Też byłam w multikinie na Nocy Książek i to był najgorszy z tych czterech filmów. Pozostałe podobały mi się. Co ciekawe - podobnie u nas (w Słupsku), gdy weszła do gry strzelba - słychać było zewsząd ochocze klaskanie. :D Początek był ciekawy, ale później film dłużył się niemiłosiernie (to było straszne), myślałam, że tym podchodom nie będzie końca. Co do bohaterów zgadzam się w całej rozciągłości. Jestem ciekawa jak te wzajemne podchody zostały opisane w książce, ale do filmu na pewno nie wrócę. ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy zostawiony komentarz - uwielbiam je czytać i przez to pomału Was poznawać.