wtorek, 13 września 2016

Warszawskie New Adult:
"Urodzeni, by przegrać" Igi Wiśniewskiej

Iga Wiśniewska należy do autorek polskiego młodego pokolenia, które z każdą powieścią poprawiają swój warsztat. Można by powiedzieć, że im starsza, tym lepsza - niczym wino. A jest to wino półsłodkie, gdyż jej historie kryją zarówno ból i cierpienie, jak i zabawne dialogi i historie, w których każdy z nas może odnaleźć siebie.

~ * ~



Tytuł: Urodzeni, by przegrać
Autor: Iga Wiśniewska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 12 września 2016
Liczba stron: 300
Ocena: 8/10

"Urodzeni, by przegrać" to kolejna książka Igi Wiśniewskiej, którą miałam przyjemność przeczytać. Autorka należy do dość nielicznego grona tych, którzy umieją mnie czymś zaskoczyć w każdej swojej powieści. Czy i tym razem jej się to udało?

Diana i Karol spotykają się po kilku latach. Kompletnie niespodziewanie i przypadkowo obydwoje lądują na tej samej imprezie w Warszawie. Kiedyś mieszkali w innym miasteczku, jednak postanowili studiować właśnie w stolicy. Powiedzielibyście, że przy studiach na zupełnie odmiennych kierunkach szanse na spotkanie w tak dużym mieście są niewielkie. Co jednak, jeśli tej dwójce przeznaczone jest coś innego? Co, jeśli ta niespodzianka może być szansą na odkupienie win i wybaczenie sobie tragedii z przeszłości? Co, jeśli miłość może przezwyciężyć wszystko?

Iga Wiśniewska zaskoczyła mnie raz jeszcze. Nie dość, że osadziła akcję w moim rodzinnym mieście, to dodatkowo nawiązała do kilku innych znanych mi tematów. Nie obyło się niestety bez błędów, niemniej książka niewiele na nich traci, jako że dotyczyły one raczej szczegółów z życia bohaterów.

Uwielbiam, gdy akcja książki polskiego autora osadzana jest w Warszawie i to z prostego powodu - mieszkam tu od urodzenia i znam wiele zakątków miasta. Lubię wyobrażać sobie podczas lektury, co widzi bohater książki, gdy znajduje się w konkretnym miejscu w stolicy. Czuję się wówczas, jakbym była tam z nim i łatwiej mi się z nim utożsamić.

Tutaj jednak nie doświadczyłam tego poczucia w związku z głównymi bohaterami. Jak na New Adult przystało, historia pełna jest dramatów z przeszłości. Co ciekawsze, niemal każda z postaci - nie tylko pierwszoplanowych - posiada jakieś traumatyczne wspomnienia, które zmieniły jej życie. Jak dla mnie było tego momentami trochę zbyt dużo. Muszę też przyznać, że niektórzy z bohaterów byli porządnie obciążeni przez nagromadzenie takich wydarzeń - tutaj plusem jest fakt, że autorka zapoznaje czytelnika z nimi stopniowo, zaskakując. Gdy jesteśmy już pewni, że dana postać dość się nacierpiała w życiu, wychodzi na wierzch kolejny element jej przeszłości, dopełniając układanki.

Diana jest studentką pierwszego roku medycyny. Jako że akcja dzieje się w Warszawie, a nie kojarzę wspomnienia nazwy uczelni, mogę jedynie obstawiać swoją - Warszawski Uniwersytet Medyczny. Stąd wiem, gdzie w opisie przebiegu studiów Iga Wiśniewska niestety się machnęła. O egzaminach z anatomii słyszeli wszyscy, nie tylko studenci. Jest to na tyle ważny i obszerny przedmiot, że nawet rok trwania zajęć z niego to tak naprawdę za mało. Tutaj niestety autorka skróciła go o połowę. Inną wpadką, dotyczącą tych samych zajęć, było korzystanie przez studentów z preparatów, których wcale nie ma aż tak dużo, by starczyło po zestawie kości na parę. Przechodziłam to wszystko, więc mogę zwrócić na to uwagę, jednak jestem pewna, że wiele osób nie zwróci na te elementy uwagi, więc zostawiam je nie po to, by podkreślić minus historii, a raczej jako taką ciekawostkę na temat realiów.

Postać Karola mnie zafascynowała, chociaż żałuję, że wątek rywalizacji sportowej został wprowadzony tak naprawdę na chwilę i nie miał dalszych konsekwencji w fabule. Brakowało mi pociągnięcia go. Nie wszystkie fakty kleiły mi się w spójną całość, niemniej byłam w stanie przymknąć na to oko.

W historii pojawia się również wątek stalkingu - oczywiście z wybuchowym finałem, jakiego można było się spodziewać po autorce, znając jej wcześniejszą twórczość. I jeśli spodziewaliście się, że ten element będzie największym zaskoczeniem, możecie się zdziwić jeszcze bardziej. Ostatnie kilkanaście stron to coś, na co teoretycznie byłam przygotowana przez dotychczas wydane powieści Igi Wiśniewskiej, niemniej i tak udało jej się zrobić mi niespodziankę. Nie powiem, że lubię takie zakończenia, gdyż szczerze mówiąc, nigdy nie wiem, co o nich sądzić. Dlatego też nie chcę Wam pisać żadnej konkretniejszej opinii na ten temat.

Natomiast o warsztacie pisarskim autorki można by pisać eseje i poematy. Iga Wiśniewska wie, jak pisać. Z każdą książką robi to coraz lepiej. Jest jak wino, które tym bardziej smakuje, im jest starsze. To, jak pisze, sprawia, że przez każdą jej powieść dosłownie płynę. Historie wciągają na tyle, że można przymknąć oko na wszelkie nieścisłości jak wspomniana anatomia na studiach. Kreacje bohaterów są w miarę spójne, a ich historie nieraz tak wiarygodne, jakby zostały wyciągnięte spomiędzy stron poważniejszych gazet. Przy tym wszystkim autorka wciąż utrzymuje młodzieżowy luz, dzięki czemu jej powieści mogą czytać osoby w każdym wieku - sprawdziłam to na swojej mamie, która również bardzo polubiła warsztat Igi Wiśniewskiej.

Słowem podsumowania, "Urodzeni, by przegrać" to książka, która udowadnia, że Iga Wiśniewska urodziła się, by pisać. Wychodzi jej to naprawdę dobrze i już nie mogę się doczekać jej kolejnej powieści.

Na koniec mam dla Was konkurs - autor najciekawszego komentarza pod tą recenzją, odnoszącego się do jej treści, wygra świeżutki egzemplarz książki z wysyłką prosto od wydawcy. Macie czas do końca soboty 17.09.2016. Wyniki postaram się podać w ciągu tygodnia zarówno dla tego konkursu, jak i poprzedniego z komentarzami pod zapowiedzią książki.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka oraz autorce.

3 komentarze:

  1. Na ogół nie czytam polskich autorów, ale wydaje mi się, że na tę pozycję jednak się skuszę, o ile znajdę ją do swojej księgarni. W Warszawie byłam raz, więc z pewnością ciężko byłoby mi wyobrazić sobie miejsca, o których wspomniałaś, ale hej, od czego jest wyobraźnia? Natomiast błędu ze studiami nawet bym nie zauważyła, ale lubię wiedzieć, jeśli w książce są jakieś niedociągnięcia.
    Naprawdę cieszę się, że rozbudowałaś swoje recenzje i widzę w nich więcej Ciebie niż opisu z tyłu okładki. Oby tak trzymać, powodzenia życzę! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Książka wygląda na taką jaką lubię najbardziej! Podobnie jak i Ty uwielbiam książki, których akcja osadzona jest w Warszawie - to również moje rodzinne miasto i dzięki temu mogę sobie z łatwością wyobrażać, gdzie w danym momencie znajdują się bohaterowie, co widzą bądź też co odczuwają. Na wymienione przez Ciebie niedociągnięcia mogę przymknac nawet oko, o ile akcja książki będzie wartka i naprawdę wciagajaca. Z racji tego, że uwielbiam wręcz romanse, nie zawsze słodkie i łatwe, ale również te z problemami i życiowymi wybojami, to myślę, że ta książka spodobalaby mi się na 200% ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Powiem Ci, że ja mam całkiem odwrotnie. Głównym powodem, przez który nie lubię za bardzo polskich powieści jest znajomość tych miejsc... Wszystko jest zbyt rzeczywiste. Gdy widzę imię Lucyna, myślę o Pani Lucynce ze sklepiku na dole... Rozumiesz? Wszędzie widzę znane mi osoby, a wyobrażanie sobie ich w pewnych sytuacjach... Jest tragicznie śmieszne. :D

    Wolę jednak zagranicznych autorów. Aczkolwiek tam na przykład nie wiem czy autor nie wprowadza mnie błąd, tak jak było tu, w medycznej odsłonie książki. :)

    Nie mniej jednak ostatnio czytam dużo polskich autorów, więc może i tym razem się nie zawiodę. :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy zostawiony komentarz - uwielbiam je czytać i przez to pomału Was poznawać.