27 kwietnia 2021

Przed przeznaczeniem nie ma ucieczki. Mojra: Przeklęte dzieci Inayari – recenzja patronacka

Całe życie towarzyszy Ci jedno: przepowiednia Twojej zguby. Jak się przed nią bronisz? I najważniejsze – co robisz w momencie, gdy uosobienie Twojego przekleństwa staje Ci się tak bliskie?



Byłam zaskoczona. Od pierwszych stron to uczucie towarzyszyło mi niemal nieustannie. Zaraz obok niego wygodnie rozsiadło się też przeświadczenie o generyczności tworu (do pewnego momentu!). I nie jest to niczym złym. Generyczne historie fantasy są genialne, jeśli opowiedziano je dobrze i zawierają w sobie kilka wyróżniających kwestii. Tak też jest w przypadku Przeklętych dzieci Inayari.

O co w ogóle chodzi z tą, czy może raczej z tym całym Inayari? 

Wyobraźcie sobie samotny zamek położony gdzieś wśród zimowego krajobrazu. Z jednej strony mamy górzyste, nieprzeniknione tereny, z drugiej zaś zamarzniętą wodę, której lodowa pokrywa topnieje tylko raz do roku. Mroźny wiatr wdziera się pod nasze odzienie, jakkolwiek szczelnie bylibyśmy owinięci płaszczem, a ziąb wysysa z nas jakiekolwiek resztki ciepła. Czujemy, że zamarzamy, choć nasze serca nadal biją. Nogi poruszają się w zwolnionym tempie. Próbujemy dotrzeć do bramy zamku, który wcale nie wygląda zbyt przytulnie. Przystajemy na kilka oddechów. Czy nie lepsza byłaby zaspa leżąca nieopodal? Nie lepiej po prostu pozwolić temu zimnu utulić się do snu? Przecież o zakonie Inayari mówią straszne rzeczy, a tamtejsze kapłanki... Właśnie...

Skoro mamy zakon, dostaliśmy również kapłanki. Wśród nich Aga Kulbat wyróżniła medyczki, runiczne oraz skrytobójczynie. Rayn, nasza główna bohaterka jest tą drugą. Runiczną. Kapłanką, która potrafi używać magii za pomocą misternie nakreślonych run. Runiczne wydają się, a przynajmniej ja to tak odebrałam, najbardziej tajemniczymi członkiniami zakonu. Jest ich również niewiele, co tylko wzmaga to wrażenie. Każda osoba posługująca się tym szczególnym talentem magicznym obdarzona jest swoistą aurą, która też ma określony kolor. W przypadku głównej bohaterki książki jest to czerwień. To wszystko, w połączeniu z jej ciemnymi włosami, jasną cerą oraz początkowo nieprzeniknionym charakterem, tworzy intrygującą mieszankę. 

Rayn jest postacią złożoną, której daleko do bycia krystaliczną. Nie jest też wszechpotężna, regularnie dostaje po tyłku i niechętnie, ale potrafi przyznać się do błędu. Tkwi w zakonie, którego reguły są przestarzałe. Nie popiera ich, ale nie robi nic, żeby je zmienić. Jest nauczycielką dla adeptek, choć nie tak okrutną jak inne. Możliwe, że dzięki temu, iż przyjęła pod swoje skrzydła młodą Aurorę (jedną z uczennic), nabiera innej perspektywy. Szybko obok Rayn pojawia się też Aiden, który okazuje się dla bohaterki prawdziwym... wrzodem na jej kapłańskim tyłku. Jednocześnie staje się on w pewien sposób buforem ze światem, którego nie ograniczają mury zakonu Inayari oraz wzmaga w kobiecie uczucie niepokoju. Natomiast więź, która się między nimi tworzy sprawia, że jej życie w zakonie i przepowiednia tracą na znaczeniu. Do pewnego momentu. 

Czytając kolejne strony, nieustannie czułam tę niewypowiedzianą tajemnicę. Niby poznałam pewien zarys historii zakonu Inayari czy kilka informacji o wydarzeniach rozgrywających się na jego korytarzach, ale te niedopowiedzenia wierciły dziurę w moim brzuchu. I było to genialne! Dzięki czemu brnęłam dalej, strona po stronie, by a nuż dowiedzieć się czegoś więcej.

Czy dowiedziałam się?

Tak. Oraz nie. I dobrze!


Kolejne wydarzenia kilkukrotnie podniosły mi ciśnienie. Agnieszka Kulbat stworzyła genialną oraz dojmującą atmosferę grozy, która wprawiała mnie w osłupienie i przerażenie. Zmusiła mnie też do zastanowienia nad tym, do czego zdolni są ludzie, by zaspokoić swoje wynaturzone pragnienia. Nie mówiąc o tym, że po przeczytaniu książki w mojej głowie powstało naprawdę sporo pytań, na które nie znalazłam odpowiedzi, ponieważ... To dopiero pierwszy tom cyklu! 

Mojra: Przeklęte dzieci Inayari to naprawdę udany debiut. Wprowadza nas w świat, którym rządzą Mojry, a ludzkie życie od samego początku jest przez nie kontrolowane. U Agi Kulbat nie zabrakło również świetnie napisanych dialogów (szczególnie między Rayn a Aidenem), momentów ściskających serce oraz sprawiających, że z wrażenia pociły mi się oczy. 

Czy polecam Mojrę? TAK. A komu? Każdemu, kto lubi, gdy książka zostawia go z toną pytań, a na odpowiedzi trzeba czekać do wydania drugiej części.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Na blogu korzystam z zewnętrznego systemu komentarzy Disqus. Więcej na ten temat znajdziesz w Polityce Prywatności Bloga.