niedziela, 25 sierpnia 2013

"Larista" - Melissa Darwood

Tytuł: Larista
Autor: Melissa Darwoon (pseudonim)
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Data wydania: kwiecień 2013
ISBN: 
978-83-7895-323-4
Liczba stron: 384
Cena:
29,9 zł
Natalia - moja ocena: 3/10


Dzisiaj poznacie mnie od innej strony. Czas mianowicie odsłonić moją jako taką hipokryzję w jednym temacie. Aczkolwiek dzielnie się bronię, więc nie osądzajcie mnie zbyt szybko. Kojarzycie nazwisko Melissa Darwood? A powieść "Larista"? Na pierwsze wrażenie rzeczywiście wygląda jak dzieło zagranicznej autorki. Jakie było więc moje zdziwienie, gdy otworzyłam książkę i zaczęłam ją czytać...
A kojarzycie "Siedem promieni" Jessici Bendinger (na recenzję tej książki nie mam cierpliwości, kiedyś po prostu zrobię zbiorowy wpis dla listy gniotów)? Cóż, teraz nadszedł moment, w którym muszę Was, ku swojemu  niezadowoleniu, rozczarować - "Larista" prezentuje podobnie niski poziom. Czyta się ją nieznacznie lepszej niż dzieło zagranicznej autorki.

Larysa właśnie skończyła osiemnaście lat. Wypowiedziała w tym dniu życzenie, które zapewne podziela większość nastolatek - znaleźć wieczną i piękną miłość. Niespodziewanie na swojej drodze spotyka tajemniczego mężczyznę, który wobec umierającej właśnie staruszki i samej Larysy zachowuje się co najmniej jak uciekinier z psychiatryka. Mimo to oczarowuje dziewczynę i ta nie potrafi o nim zapomnieć. Innego dnia w sklepie poznaje drugiego chłopaka, nieco bardziej aroganckiego, ale jednak też coś w nim jest. Obaj regularnie przypominają jej o swoim istnieniu, obaj mają swoje tajemnice i wspólną historię, ale tylko jeden ma czyste intencje. Kogo Larysa wybierze i co znaczy tytułowa "Larista"?
Zacznę od rzeczy najważniejszej, od której też zaczęłam tę recenzję. Tak, nadszedł czas na element hipokryzji. Otóż ja całkowicie rozumiem wydawanie pod pseudonimem. Polscy autorzy nie bardzo się sprzedają, a "Larista" wśród recenzentów i czytelników wzbudziła niemałe zainteresowanie m.in. dzięki obcobrzmiącemu nazwisku. Ba! sama dałam się na to złapać. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy otworzyłam książkę i od razu w oczy rzuciły mi się typowo polskie imiona. Edyta, Beata, Zuzia i tym podobne, o ile dobrze pamiętam. Usilnie próbowałam znaleźć ich zagraniczne odpowiedniki, ale doszłam do wniosku, że mocno je naciągam i że wydawnictwo chyba nie popełniłoby tak śmiertelnego błędu i nie przetłumaczyło oryginalnych imion na polskie. Czytałam dalej - i pojawiły się polskie nazwy ulic. Wiedziałam już, że mam do czynienia z polską autorką, ale postanowiłam to sprawdzić. Zgadnijcie, co znalazłam - autorka uznaje się za patriotkę. No przepraszam bardzo, ale dlaczego w takim razie wydała książkę pod pseudonimem? Takowy gwarantuje większy rozgłos, co z kolei dowodzi o tym, że autorowi bardziej zależy na nim niż na jakości książki, czego "Larista" jest świetnym przykładem. Rozumiem, że autorka mogła chcieć po prostu się wyprzedać, ale niech nie trąbi wtedy, jaką to ona jest patriotką, bo pseudonim temu zaprzecza.
A gdzie moja hipokryzja? Otóż ja sama swoje książki zamierzam wydawać pod pseudonimem. Ale nie planuję wydania ich z Polsce, tylko za granicą, gdzie pseudonim wydaje mi się jak najbardziej na miejscu. Dodatkowo akcję moich historii zawsze osadzam poza Polską, głównie w Stanach, moi bohaterowie zawsze noszą angielskie, ewentualnie francuskie lub hiszpańskie imiona. I nie uznaję się za patriotkę. Nie lubię w książkach polskich imion i nazw, dlatego mało ich czytam. Dlatego przebrnęłam przez "Mistrza" Katarzyny Michalak (recenzja) i dlatego pokochałam trylogię Katarzyny Bereniki Miszczuk (recenzja pierwszego tomu od Martyny). Więc tak naprawdę tej hipokryzji we mnie dużo nie ma, ale wiem, że wielu z Was tak mnie osądzi, więc od razu wykładam kawę na ławę.

Wspomniałam, że autorka skupiła się na rozgłosie, a nie na jakości i tego się trzymam. Historia jest do bólu przewidywalna od pierwszych stron. Poza tym kto facetom wybierał imiona? Są one tak sugestywne, że naprawdę załamywałam się przy każdym wspomnieniu o Gabrielu i Danielu. Ciekawi mnie jedynie, czy ten Daniel ma też znaczenie metaforyczne w sensie tego, któremu się przyprawia rogi, ale wątpię, by rozważania autorki sięgały aż tak daleko. W książce dość jest powiedzeń o piekle jak "dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane" itp., co szybko robi się nudne. Jest to dobry zabieg w przypadku zatytułowania rozdziałów, ale wtryniane w dialogi się nie sprawdza.
Ach, nie zapomnijmy, że książka była reklamowana jako pełna namiętności i żaru. Chyba dla kompletnych świętoszków, którzy dopiero poznali znaczenie słowa "seks" i przenośni o pociągu wjeżdżającym do tunelu. Nie czułam nic a nic. Nawet krztyny chemii między bohaterami. A mnie z reguły łatwo oczarować.
No i szczerze mówiąc, mam dość polskich realiów, szczególnie tych szkolnych, a ich tu mnóstwo, bo Lara jest uczennicą liceum. Jakoś się za swoim przez rok nie stęskniłam, a tu dostaję powtórkę lekcji historii, poloneza i zazdrości, od której błogo odpoczywam.

Bohaterowie są mdli i nudni jak flaki z olejem. Larysa, Gabriel, Daniel, Zuzka... Nie da się ich polubić, daję słowo. Są tak schematyczny jak ich historia, która jest jednym wielkim banałem i powtórką tego, co znamy i niekoniecznie kochamy. Jest wielka miłość, wielka nienawiść, zastanawianie się, czy ten zły gość jest serio taki zły, a ten dobry taki dobry, brutalna walka, siła przyjaźni i inne bzdety, których poziom jest żenująco niski. Wiecie, w jakim jednym jedynym momencie mnie zaciekawiła ich historia? Gdy Gabriel opuszczał gabinet dyrektorki i pożegnał się cicho z Larą. Tyle. Dwie linijki.
Niemniej plus dla autorki za to, że dziewczyna od początku chciała tylko jednego faceta, a nie biegała od jednego do drugiego. Wtedy książka już w ogóle byłaby nie do przeczytania.

Język powieści jest tylko nieco mniej banalny niż sama historia. Styl jest bardzo niedopracowany, słownictwo niezbyt bogate i momentami zdania były za długie. Dialogi na całe strony były niemal nie do przebrnięcia.
Okładka jest za to cudna. Każe zwrócić na siebie uwagę i przykuwa wzrok.

 Jak ktoś się uprze, niech sięga po "Laristę". Ja czytałam ją z tydzień - po prostu nie potrafiłam wziąć jej na raz, tak mnie nudziła. A że siedziałam nad morzem, to zostawiałam książkę w domu i wychodziłam co chwila na spacer, by zająć głowę przyjemniejszymi rzeczami. Polecam książkę osobom, które dopiero zaczynają przygodę z gatunkiem paranormal romance. Reszcie radzę się wstrzymać i nie żałować. Ja straciłam mnóstwo czasu.

19 komentarzy:

  1. No po Twojej recenzji nigdy w życiu nie sięgnę po tą książkę

    OdpowiedzUsuń
  2. Sięgnęłam po nią i byłam tak samo oburzona patriotyzmem autorki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tyle chodzi mi o oburzenie jej patriotyzmem, tylko nie mówi się o tym, jeżeli wydaje się książkę pod pseudonimem zagranicznym.

      Usuń
  3. Książka bardzo mi się spodobała. Jak widzę, "nie oceniaj książki po okładce". Odpuszczę sobie.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też urzekła okładka i widzę, że początkowa niechęć do książki była słuszna. Nie wiem, co mnie podkusiło.

      Usuń
  4. Ja rozumiem, że każdy ma inny gust i każdemu podoba się co innego, ale kompletnie nie mogę zrozumieć osób, które zachwalają ten tytuł. Toć to jest kompletne dno. Zawsze staram się znaleźć coś ciekawego w każdej książce i co prawda tutaj też mi się udało (te wszystkie retrospekcje uratowały ten tytuł i sprawiły, że doczytałam do końca), ale mimo wszystko nie sprawiają, że można ocenić książkę na 8 albo 10 punktów. W skali 100 może i tak, ale nie 10/10. Książka jest bardzo słaba i sama też nikomu jej nie polecam. Szkoda czasu i żałuję, że skusiłam się jej okładką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważam dokładnie tak samo. Jedno wielkie nieporozumienie. Banalna historia i do tego nudno napisana.

      Usuń
  5. Uuu, aż tak słabo? Chyba i tak jednak się skuszę jak będę miała okazję. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. No ja dziękuję, nie dość, że nie lubię czytać polskich książek, to jeszcze po Twojej recenzji wiem, że tę mam omijać szczególnie dużym kołem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nie lubię czytać książek polskich autorek i kolejny raz się w tym utwierdziłam, że większość polskiej fantastyki to dno.

      Usuń
  7. No proszę, a tyle dobrego słyszałam o tej pozycji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja właśnie z początku też i wychodzi na to, że recenzje zaraz po premierze książki były od blogerów, którzy dostali "Laristę" od wydawnictwa i nie chcieli mu podpaść, albo po prostu zaczynają dopiero przygodę z fantastyką.

      Usuń
  8. Nigdy bym nie wpadła, że to polska pisarka!
    I raczej już się do niej nie przekonam.
    Nudnym powtórkom z rozrywki mówię stanowcze - NIE!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I słusznie! Uciekaj od niej najdalej jak można! Sama bym ją rzuciła w kąt, ale za bardzo szanuję książki, nawet takie gnioty.

      Usuń
  9. A taką miałam na nią ochotę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, Słońce, przeczytaj, skoro ją masz, zobaczysz sama, czy Ci się spodoba. Jednak na tyle, na ile Cię znam, sądzę, że się ze mną zgodzisz ;)

      Usuń
  10. Widziałam jedną pozytywną recenzję. Na tyle pozytywną, że przyciągnęła mnie do książki. Teraz zostałam od niej odciągnięta :) Nie sądziłam, że jest aż tak zła... Nie, nie sięgnę po nią... ... W przeciwieństwie do tego "gniota" - "Siedmiu promieni", które czekają na mojej półce i od dawna już się ich boję. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się ich bałam i postanowiłam wreszcie mieć je za sobą. Nie polecam, naprawdę gniot przez wielkie G.

      Usuń
  11. A mi się podobała, pochłonęłam ją w jeden dzień :) Może nie była idealna (ba! do ideału jej daleko!), ale miło mi się ją czytało i nie umiałam jej odłożyć.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy zostawiony komentarz - uwielbiam je czytać i przez to pomału Was poznawać.