piątek, 30 października 2015

Dwie historie miłosne: "Najdłuższa podróż" (ekranizacja)

Nicholas Sparks należy do autorów, po których książki nie sięgam, bo ekranizacje i przedstawione w nich historie są do kitu. "Pamiętnik" mnie wynudził, "Dear John" przewijałam. "Ostatnia piosenka" okazała się tandetna. Dałam jego twórczości ostatnią, czwartą szansę. I ten jeden raz się opłaciło.

~ * ~

Należę do osób, które nie rozumieją fenomenu "Pamiętnika". Nie ciągnęło mnie też z tego powodu do powieści Nicholasa Sparksa i ich ekranizacji. Po latach przerwy postanowiłam dać jego historiom jeszcze jedną szansę i podczas Nocy Książek w Multikinie obejrzałam "Najdłuższą podróż" - czerwcową premierę, która miała stanowić kinową perełkę tego roku. I przyznaję, że nie żałuję danej autorowi i jego pomysłowi szansy. Film zachęcił mnie do przeczytania książki.

"Najdłuższa podróż" przeplata w sobie dwie historie. Wszystko zaczyna się od spotkania młodej studentki Sophii (Britt Robertson) i przystojnego kowboja o imieniu Luke (Scott Eastwood) na rodeo w Karolinie Północnej. Przypadek sprawia, że zwracają na siebie uwagę, umawiają się na randkę... i postanawiają rozstać z powodu zupełnie odmiennych planów na życie. Gdy Luke odwozi dziewczynę z powrotem, po drodze zauważają rozbity płonący samochód. Ratują z niego starszego człowieka, który półprzytomny prosi o ocalenie drewnianej skrzynki. W szpitalu Sophia zostaje z nieznajomymi czekając na wieści od lekarzy, zagląda do skrzyni. Znajduje w niej zbiór listów miłosnych... I tutaj rozpoczyna się druga historia - Iry (stary Ira - Alan Alda; młody Ira - Jack Huston) i wielbicielki sztuki Ruth (Oona Chaplin). Poznajemy losy tej pary wraz z młodszymi bohaterami, gdy Sophia czyta Irze kolejne listy miłosne. Wraz z nimi Luke i Sophia zaczynają rozumieć, czym jest prawdziwe uczucie i jak wiele można dla niego poświęcić.
Sparks podobno ma w zwyczaju wciskać w swoje historie śmierć i nieco tandetną historię miłosną. Tutaj od śmierci również nie uciekniemy. Zostawiła za sobą cień na przeszłości i teraźniejszości kilku bohaterów. Nie zgadzam się jednak, że romans Sophii i Luke'a lub Iry i Ruth był tandetny. Owszem, było dość dużo miejsca na radość i słodycz, ale nie zabrakło też dramatu i łez. Obie pary uczyły się wspólnie żyć i odkrywały siebie na nowo. Było uroczo, wzruszająco i życiowo.

Bardzo polubiłam parę młodych dorosłych - Sophie żyła marzeniami i wytrwale dążyła do spełnienia ich. Nie pozwala niczemu i nikomu się od nich odwieść. Dawała życiu szansę na zrobienie jej niespodzianki i stawiała czoła przeciwieństwom. Podobnie Luke - odważnie walczył z przeszłością i jej strachami. Ryzykował zdrowie i życie, by pomóc matce i utrzymać życie, do którego się przyzwyczaił.

Ira i Ruth z początku zdawali mi się nieco irytujący. Szybko jednak zapałałam sympatią do młodej Żydówki, pełnej pasji i radości. Za nią poszło zrozumienie Iry. Wraz z rozwojem ich związku pokazano problem bezpłodności, konsekwencji wojny i utraconych marzeń. Poza tym rola Oony Chaplin zachwyca. Skradała sceny swoimi uśmiechami i łzami.

W filmie nie podobała mi się tylko jedna rzecz - wątek z ujeżdżaniem biednych byków. Co one komu zrobiły, że ludzie wykorzystują ich strach do własnej zabawy? Nigdy tego nie zrozumiem. To jest gigantyczny minus w całej historii, którego za nic nie umiem przebaczyć.

Mimo to polecam film każdemu fanowi Sparksa. Antyfanom też - w końcu ja, będąc zrażona do "Pamiętnika", naprawdę go pokochałam. Na scenach z bykami można po prostu przymknąć oczy, co mi się zdarzało, gdyż nie umiem patrzeć na okrucieństwo wobec zwierząt. Niemniej "Najdłuższa podróż" to dwie przepiękne historie miłosne z drugim dnem, które warto odkryć samemu.


Dziękuję Multikinie oraz portalowi za możliwość udziału w Nocy Książek.
Recenzja została opublikowana na portalu DużeKa.

6 komentarzy:

  1. Ja nie jestem fanką Sparksa, ale ekranizacji jego książek owszem - mają w sobie o wiele więcej uczucia, niż literackie wersje. Dlatego ten film chętnie zobaczę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ranisz moje serce! Uwielbiam Sparksa i mam do niego wielki sentyment, choć to fakt, że wiele jego historii opiera się na tym samym schemacie i może troszkę zalatuje tandetą. Nie oglądam natomiast ekranizacji. Cenię tylko jedną: Szkołę uczuć na motywach powieści Jesienna miłość, zawsze ryczę na niej i chyba będzie tak zawsze. Natomiast pozostałe ekranizacje odpuszczam, przecież scenarzysta i tak nic nowego w nich nie wymyśli :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany, tak! Szkoła uczuć jest po prostu rozbrajająca, ale wiesz, że nie wiedziałam, iż jest na podstawie "Jesiennej miłości"? Mam do niej zupełnie inną książkę.

      Usuń
  3. W tym filmie najbardziej podobało mi się zakończenie - moment aukcji i tego, co z niej wynikło. Zdecydowanie ta historia coś w sobie ma :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem osobą, która uwielbia twórczość Sparksa. Zgadzam się z Tobą, że mogą być tandetne przewidywalne itp. Mimo to je lubię ;)
    Co do ekranizacji, to mam podobnie jak Lustro rzeczywistości... cenie sobie tylko szkołę uczuć, oglądałam milion razy i milo razy wylałam na niej milion łez. ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy zostawiony komentarz - uwielbiam je czytać i przez to pomału Was poznawać.
Mała UWAGA: usuwam wszystkie komentarze zawierające linki w jakiejkolwiek formie.