sobota, 8 lipca 2017

Ekranizacja światowego bestselleru dla młodzieży. "Upadli" - hit czy kit?


Lubię wkładać kij w mrowisko, więc zacznę od faktu, który oburzy większość miłośników książek – obejrzałam film bez wcześniejszej lektury powieści, na której został oparty. Popełniam ten haniebny czyn.
~ * ~


I ani trochę się tego nie wstydzę, gdyż twór Lauren Kate zalega mi na półkach od ładnych paru lat, a ja wciąż nie mogę się za niego zabrać. Dlatego postawiłam na film, ufając, że pomoże mi podjąć decyzję, czy czytać książkę, czy jednak lepiej puścić ją w niepamięć. Stąd nie doświadczycie tu porównania treści z obrazem, a jedynie oceny tego drugiego, czyli ekranizacji „Upadłych” wspomnianej autorki.

Nastoletnia Lucinda Price zostaje oskarżona o spowodowanie ogromnego pożaru i wysłana do szkoły z internatem. Tam poznaje dwóch młodzieńców, jeden bardziej tajemniczy od drugiego. Każdy zabiega o jej względy, a dziewczyna sama nie wie, który pociąga ją bardziej. Jednocześnie próbuje zrozumieć, co wydarzyło się tamtej nocy i pozbyć dręczącego ją poczucia winy.
Gdy w końcu dowie się, co łączy ją z dwoma mężczyznami, jej życie wywróci się do góry nogami, a niebezpieczeństwo zdobędzie twarz i kształt. Czy Luce uda się uratować siebie samą i odnaleźć miłość i przebaczenie?

Pierwsze skojarzenie – „Zmierzch”. Mamy w końcu zdezorientowaną, naiwną dziewczynę, która przyjeżdża do obcego miejsca i dwóch chłopaków zabiegających o jej uczucie. Ona oczywiście nie wie, którego wybrać – ot, typowy trójkąt miłosny. Nie wiem, czy sama pisarka wykreowała go już w tak tandetny sposób, czy też zawdzięczamy to twórcom ekranizacji, niemniej naprawdę oglądając ją, w głowie nieustannie tłukła mi się myśl: „ekranizacja serii o wampirach była znacznie lepsza”.

Bohaterowie tej historii, a konkretniej brak jakichkolwiek zarysów charakteru i zwykła nijakość, wołają o pomstę do nieba. Aktorzy pierwszoplanowi zagrali bez większych emocji, poza nieprzemijającym znużeniem wypisanym na twarzach większości i kilkoma epizodami z docinkami między dwoma upadłymi aniołami albo atakami postaci drugoplanowych na Luce. Szczególnie u tych ostatnich można było poczuć je dość wyraźnie, co uratowało w pewnym stopniu moją opinię o produkcji. Główną trójkę i ich historię mogłabym jednak opisać kilkoma słowami: nijacy, wyprani z emocji, aktorzy jednej miny, gorsza powtórka zmierzchowej melancholii. Tylko i aż tyle. 

Sama historia też pozostawia wiele do życzenia. W filmie wiele luk fabularnych nie zostaje wypełnionych wyjaśnieniami, a niektóre wydarzenia tracą na braku logicznej ciągłości. Mimo to - ogląda się całkiem przyjemnie, jednak kończy się z delikatnym poczuciem zmarnowanego potencjału pomysłu.

Zakończenie pozostaje otwarte, poniekąd dając znać, że widzowie mogą spodziewać się kontynuacji. Pytanie tylko, jak wiele osób, które widziało ekranizację „Upadłych” rzeczywiście sięgnęłoby po kontynuację losów Luce i dwóch przystojnych upadłych aniołów. 


Za możliwość zrecenzowania filmu dziękuję portalowi Duże Ka!

1 komentarz:

  1. Nie chcę Cię absolutnie zniechęcać do lektury, ale lepiej niż w filmie nie będzie :-/ Jak dla mnie ta historia była słaba kilka lat temu a teraz aż boję się myśleć jaką ocenę bym jej wystawiła. Mimo wszystko wciąż okladka pierwszej części pozostaje jedną z najpiękniejszych jakie widziałam więc chociaż jeden plus dla serii:-)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy zostawiony komentarz - uwielbiam je czytać i przez to pomału Was poznawać.