niedziela, 5 sierpnia 2018

Wszyscy jesteśmy inni... - "Wszystko, czego pragnęliśmy" Emily Giffin

źródło: otwarte.eu

W przeciągu ostatnich lat zjawisko hejtu jest coraz bardziej, częściej i wyraźniej zauważalne. Dotknęło i mnie.
Oto moja historia. 

~ * ~



Do postu na temat hejtu skłoniła mnie głównie lektura najnowszej powieści Emily Giffin, czyli "Wszystko, czego pragnęliśmy". Nosiłam się z nim już od jakiegoś czasu, jednak uznałam, że premiera tej książki będzie idealnym momentem na rozpoczęcie dyskusji.

Zacznijmy od krótkiego wyjaśnienia, czym w ogóle jest HEJT. Według Słownika Języka Polskiego jest to "obraźliwy i zwykle agresywny komentarz internetowy" lub "mówienie w sposób wrogi lub agresywny na jakiś temat lub o jakiejś osobie". Zaliczymy się pod to pojęcie zarówno liczne wyzwiska rzucane przez użytkowników for dyskusyjnych pod adresem innych, jak i nękanie na szkolnym korytarzu czy osiedlowym podwórku przez rówieśników. Najczęściej hejt ma na celu ośmieszenie osoby, na którą jest ukierunkowany, poniżenie w obecności innych czy pogorszenie samopoczucia osoby hejtowanej. Co może natomiast powodować hejterem, czyli osobą dokonującą tych rzeczy? Wśród "najprostszych" przyczyn wyróżnia się zazdrość, potrzebę przełożenia na kogoś lub coś negatywnych emocji lub chęć popisania się przed znajomymi. Powody potrafią być jednak znacznie bardziej złożone...

Sama ze zjawiskiem hejtu spotkałam się już w szkole podstawowej. Garbiłam się, nie miałam modnych ciuchów i lubiłam się uczyć. Wtedy jednak i tak dokuczało mi to dość rzadko. Schody zaczęły się w gimnazjum, gdy po zaledwie kilku tygodniach nauki okazało się, że trzeba być super przebojowym i do tego rozmawiać o imprezach, samochodach, kosmetykach i ciuchach, by jakkolwiek się liczyć. I nie wolno rumienić się przy chłopakach, jeśli do końca szkoły nie chce się słyszeć "o, jaka ty biedna, że on sobie znalazł inną", chociaż gość nigdy Cię nie interesował. Ba, nie mogłam powiedzieć, że spodobał mi się jakiś aktor, by nie usłyszeć, że zapewne trzymam go w szafie i się z nim całuję po szkole.

Od lewej: Michalina, Ania, Dominika, Renia i ja.
Gimnazjum - studniówka. Tzw. backstage :)
Miałam też sytuację, że dwie znajome śledziły mnie i moją koleżankę z równoległej klasy na kilku przerwach pod rząd. Specjalnie wchodziłyśmy w różne miejsca, stawałyśmy nagle i zaczepiałyśmy przypadkowych uczniów i nauczycieli, obserwując kątem oka, jak one robią dokładnie to samo albo przystają dosłownie kilka kroków za nami. Tego samego dnia poszłam z ta koleżanką z prośbą o pomoc do wychowawcy mojej klasy. Gdy następnego dnia poprosił mnie i te dwie dziewczyny na rozmowę podczas godziny wychowawczej - przy całej klasie! -, wystarczyło, że obie stwierdziły, że to nieprawda, a ja dowiedziałam się, że mam urojenia i facet może mi pomóc ustalić regularne wizyty u szkolnego psychologa.

Z perspektywy czasu widzę, jak głupie to wszystko było ze strony moich rówieśników. Żałuję, że pozwoliłam na to, aby aż tak każda taka sytuacja do mnie dotarła, że nie byłam twardsza, bardziej odporna...

Drogie Koleżanki i Drodzy Koledzy z gimnazjum! Jeśli teraz jakimś cudem ktoś z Was to czyta, to wiedzcie, że możecie być z siebie dumni. Przez wszystko, co mi zafundowaliście, wchodziłam w kolejne etapy życia z samooceną rozbitą na drobne kawałeczki i zakopaną pod gruzami, gigantyczną nieśmiałością i brakiem odwagi do realizacji marzeń. Uwierzyłam jedynie, że jestem do niczego, że być może nie powinnam w ogóle żyć
W tym miejscu chcę też podziękować: Michalinie, Renacie i Dominice - dziewczynom z równoległych klas, które pomogły mi dotrwać do końca.
Ponadto gdyby nie gimnazjum, nie poznałabym Zosi, z którą 3 lata po skończeniu liceum rozpoczęłyśmy wspólną przygodę z tańcem indyjskim i od lat dzielimy wspólne zamiłowanie do kina bollywoodzkiego i kultury indyjskiej.

Podczas studniówki w liceum.
W liceum ponownie nie złapałam dobrego kontaktu z klasą. Byłam wyśmiewana za to, że lubię "Zmierzch" (tak, przyznaję się do tego - a tej akceptacji nauczyła mnie dużej mierze Martyna, obecnie właścicielka bloga "Mowa książek", a wcześniej współzałożycielka KKNK), że nie piję alkoholu czy że lubię biologię, a poszłam do klasy humanistycznej. Dużą rolę odegrał też brak wiary w siebie oraz to, że raczej chowałam się pod ścianami i nie byłam dobrą rozmówczynią - w dużej mierze przyczyniły się do tego wszystkiego wcześniejsze trzy lata w gimnazjum. 
Nie zapomnę też sytuacji, gdy w wakacje po pierwszym roku miałam wziąć udział w konferencji historycznej z prezentacją na temat konfliktu o Kaszmir. W nagrodę za to historyk wystawił mi ocenę celującą z przedmiotu, co stało się moją zgubą na kolejne dwa lata. Szybko okazało się, że w opinii osób z mojej klasy nie mogłam otrzymać szóstki bez przespania się z nauczycielem

Mimo tego liceum miało kilka plusów. Pierwszy: biologia, chemia i wspaniałe nauczycielki, które wspierały mnie w rozszerzaniu zakresu materiału i pomagały rozwiązywać wątpliwości. 
Drugi: język francuski i cudowna wychowawczyni, która mnie go uczyła. Do dziś go uwielbiam, chociaż przyznam, że zaniedbałam naukę i większość wyparowała mi już z głowy. Niemniej mam książki i planuję wrócić do nauki.
Trzeci: historia i ogromna szansa, którą otrzymałam od nauczyciela, czyli wydanie swojej własnej publikacji historycznej pt. "Ballada o stanie wojennym". W tym roku w grudniu minie już 6 lat.
Czwarty: znajomość z Eweliną, z którą do dziś utrzymuję kontakt, oraz z Karolą. 
I plus nr 5, chociaż być może dość kontrowersyjny: walka z nowotworem piersi. Niektórzy z Was już wiedzą o tym aspekcie, inni z pewnością nie. Dla mnie nie stanowi on elementu, którego powinnam się wstydzić, chociaż wciąż boję się o swoje zdrowie w przyszłości. Ta historia wiele mnie nauczyła - przede wszystkim tego, że jak się coś samodzielnie wykryje (a warto badać piersi, wierzcie mi!), to lepiej od razu iść do specjalisty, niż dawać się zwodzić lekarzowi pierwszego kontaktu, że "to na pewno zwykły chłoniak związany z okresem dojrzewania i nie ma co panikować, bo sam się wchłonie". I dodała mi trochę siły. Bo w końcu pokonałam wroga. Wierzę, że wygrałam już całą wojnę, a nie jedynie pojedyncze bitwy. Trzymajcie kciuki, bym miała rację.
Ponadto muszę wspomnieć, że nauczycielka biologii ogromnie mnie wspierała w tej walce. Cudowna kobieta!

Studia zaś... Cóż, to świeży temat. Wolę na spokojnie przemyśleć wszystko, co z nimi związane. Być może kiedyś też Wam co nieco napiszę, gdyż te 5 lat miało zarówno jasne, jak i ciemne momenty. Niemniej to tuż przed studiami (w roku wolnym między liceum a uniwersytetem) założyłam KKNK. I to m.in. dzięki Wam, Drodzy Czytelnicy, dotrwałam do końca. Dopingowaliście mnie. Nie zwątpiliście. Po prostu przyjęliście mnie taką, jaką jestem. Dziękuję.

Temat hejtu w blogosferze też zostawię. Nie zamierzam wszczynać burzy. Powiem tylko, że plotka plotkę goni, a ja wierzę, że mimo wszystko karma zawsze wraca. 

Z tymi słowami zostawiam Was na dzisiaj i już z góry zapraszam za 2 dni na wpis o tym, jak walczyć z hejtem w sieci oraz na żywo! :) Polecam też lekturę "Wszystko, czego pragnęliśmy", która stała się inspiracją dla całego tego wywodu. Być może inaczej nigdy bym się nie odważyła nic z tego napisać publicznie.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Otwartemu.

2 komentarze:

  1. Zjawisko hejtu nie jest mi obce z racji mojej niepełnosprawności ruchowej, więc jestem bardzo ciekawa tej książki i z niecierpliwością czekam na swój jej egzemplarz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie rozumiem jak taka ładna i zdolna dziewczyna mogła mieć w szkole pod górkę. Nieśmiałość faktycznie przeszkadza w relacjach z rówieśnikami (znam z własnego doświadczenia), ale żeby potęgowala z ich strony aż taką agresję, to naprawdę jestem w szoku. Podziwiam, że udało Ci się wytrwać.

    OdpowiedzUsuń

Na blogu korzystam z zewnętrznego systemu komentarzy Disqus. Więcej na ten temat znajdziesz w Polityce Prywatności Bloga.